piątek, 24 lutego 2012

Český suterén



Česka Pivnica, Grodzka 28, Lublin.


Kantorzy barokowi
drzemią przy organach
Dziś knajpy gwar ich złowił
na gulasz i kilka małych piw
Do rana śpiewał harmonii słowik
pieśń o zakochanych -
- że wszyscy jednakowi
w gotyku, jak i dziś

Pięciohalerz ze srebra ..
.

(Nohavica, Na schodkach fontanny, w przekładzie Antoniego Murackiego)


Towarzysz jest trochę jakby czechofilem, więc mu pokazałam, że Lublin jako centrum wszechświata zawiera również Czechy. Zawartość Czech w Lublinie to: ogromny wybór czeskich piw w cenach hmmm niewarszawskich, knedle z gulaszem i wybór apetycznych, wysokocholesterolowych przegryzek i jeszcze trochę mięcha oraz czeskie radio w tle, co ucieszyło mnie najbardziej. Zawiera również duży, klimatyczny lokal i przynajmniej jedną miękką, wysiedzianą kanapę, na której można zwinąć się w kłębuszek i sączyć grzańca na przykład. Albo herbatkę.



niedziela, 19 lutego 2012

znów zadzieram głowę i patrzę







czwartek, 16 lutego 2012

Lublin-Lwów


Chyba ten lew oglądany z bliska tak we mnie tchnął skojarzenia, być może też mróz koszmarny, bo łączy się z pierwszym moim eksplorowaniem Lwowa. Ciągle komuś mówię, że Lublin to w pół drogi z Warszawy do Lwowa (coraz bliżej, coraz bliżej). Instynktownie odbieram Lublin nieco lwowsko, czasem wileńsko. Może dlatego tak Lublin mnie ujął, że się kojarzy, nawiązuje, że wprowadza. Ale najczęściej nie umiem nazwać skojarzeń. Nie da się przecież pokazać od tak: patrz to jest w Lublinie lwowskie, a tamto jest zupełnie inne. Tak jednak mnie ten lew otworzył, semper fidelis, na straży pamięci, że nagle robiąc zwyczajne zdjęcie ulicy pomyślałam - robiłam już takie, we Lwowie. 


 Prawdopodobnie jestem po prostu psychiczną obsesjonistką i widzę to, co chcę widzieć. Ale robię setki zdjęć ulic i zazwyczaj nie czuję tego aż tak. Więc dziś lubelskie moje tęsknoty za Lwowem. 
Przyznaję się.




Gdyby szukać podobieństw trzeba by się wwiercać w historię wygnań i pustek, w wielokulturowość pogranicza i miasta wzgórz. W zachowane zabytki i przestrzenie zniszczeń. W rany komuny, koszmarne zaniedbania i spóźnione (lub nie) renowacje, plany, tynki. Nic na zdjęciach nie pokażę, to raczej pewne, ale można książki pisać o tych miastach, a i tak nie dojdziemy do sedna. 



zima, światło, ulica. nic, zupełnie nic wspólnego.
Nawet Arthur Grottger nie uratuje tej niedosłowności (niedoobrazowości?) Arthur Grottger lwowianin z miłości (do Wandy).

poniedziałek, 13 lutego 2012

Tak więc byłam U fotografa...

 Jak dziecko z tamtych lat, ja też marzyłam o wizycie u fotografa. Już kilka razy zbyt mało miałam czasu, a wszak u fotografa nie można się śpieszyć. Czytałam co pisali, bo umiem czytać i śledziłam na facebooku, bo umiem śledzić. I tak sobie dawkowałam tę wizytę. A potem jakoś nagle, zmarznięta po zamrażającym spacerze poznałam te schody - Zaułek Hartwigów.
Wszystko składa się w całość

(...)
Był fotografem starej daty
Zawód ani lepszy ani gorszy od innych
przed rewolucją żył w Moskwie z młodą żoną i małymi dziećmi prawie luksusowo
w Lublinie zdobył sobie należne mu miejsce i szacunek
coś na kształt lokalnej sławy

Najczęściej robił zdjęcia rodzinne i portrety
ale jego temperament sprawił że stał się pierwszym fotograficznym reporterem w swoim mieście
Potrafił przed wojną zatrzymać pochód pierwszomajowy
żeby zrobić demonstrantom zdjęcie
z wysokości rozstawionego na chodniku stołu
z którego jak strach na wróble wysterczał statyw jego staromodnego aparatu
nakrytego ciemną płachtą

(Julia Hartwig, Niepotrzebne skreślić)
(Towarzysz powiedział, że są lepsze niż schody przy Rue Foyatier na Montmartre, ja nic nie powiedziałam, bo nie byłam w Paryżu, ale pewnie jest tak, jak mówi - nie da się być romantycznym schodami, jeśli całą dobę depczą cię turyści. Choć oczywiście życzę Lublinowi tylu odwiedzających, zasłużył)


Tak więc doszliśmy do Rybnej i zażądałam grzanego piwa U Fotografa, który nagle wyłonił się zza rogu. Nie zawiodłam się ani wystrojem (zachwycająca kolekcja aparatów, stonowana, kawowa kolorystyka), ani klimatem (doskonały jazz w tle, miła obsługa), ani piwem (świetnie przyprawione, z cząstkami pomarańczy, o odpowiedniej temperaturze), ani wspaniałym latynosko-południowym menu. Zajadaliśmy przepyszne meksykańskie naleśniczki z ziemniaczanym farszem i spędziliśmy w tym niezwykłym miejscu zupełnie obłędną godzinę, czy dwie. Owszem, mróz na zewnątrz stał jakby po stronie Fotografa. Ale i czas się zachowywał śmiesznie, jednocześnie się cofał i nie.



 






(...) Czasem zdawało mi się że pod tą rozwianą na wietrze płachtą aparatu
wzleci kiedyś w niebo gdy nadejdzie jego pora 
(J.H, tamże)


wtorek, 7 lutego 2012

Taking Aim at the Brand Bullies?

 Prawdopodobnie tak to powinno być, że uczelniany barek ma niskie ceny, miłą atmosferę, przestrzeń dla jednego człowieka, a także dla grupy przyjaciół i że ma jedzenie. Większość takich miejsc nie ma jednak zbyt wielu zalet, przynajmniej w Warszawie. Ja wiem, że się ciągle zachwycam tym Lublinem wciąż nie swoim, że ciągle chwalę, reklamuję, cóż.
Taka głupia rzecz, wydawałoby się - jedzenie w przerwie zajęć, a zawsze musiałam wybierać - jakość, cena, czy odległość. KUL ma barek o jakości przewyższającej wszystkie znane mi sieciówki, wszystkie fast foody i całą masę profesjonalnych lunchodajni. Dodałam ich na gastronautach.pl, bo to nie fair, żeby z tego miejsca korzystali tylko studenci. Doskonałe na śniadanie dla tych na przykład, którzy Lublin zwiedzają. 



Musiałam tu zabrać Towarzysza, skoro tylko udało nam się razem przybyć do Lublina. Na zdjęciu poniżej widać efekt - czysty zachwyt. Z Hostelu wyszliśmy bez śniadania, specjalnie po to, by uraczyć się wspaniałymi kanapkami No Logo. Po dwudziestominutowym spacerze (z Królewskiej w Aleje Racławickie) w pierwszym tego roku trzynastostopniowym mrozie (czwartek, 26.01) apetyt mieliśmy wilczy i dwie ciepłe buły zostały pożarte. Ja: ciabatta, oliwa, ser żółty, pomidor, ogórek, kiełki. On: ciabatta, masło, pepperoni, pesto, kapary, oliwki. Potem rozkochanie Towarzysza w Lublinie było już dziecinnie proste. Nie da się bowiem nie lubić tego miasta.

  

(A jak ktoś się czepia, to niech idzie jeść. Zmięknie malkontent, każdy zmięknie. Mniam!)

piątek, 3 lutego 2012

noc prostopadła

 Prostopadłość to nie jest kształt Lublina. Rzekłabym, że raczej parabole. Może półkola. Profesor Władysław Panas mówił, że koła i okręgi. Dlatego ten wieczorny spacer na dworzec autobusowy poświęciłam zgrzytom prostopadłości. (z wyjątkami) I nie wiem jak to możliwe, ale w staromiejskich pubach i knajpach wypić można piwo za 5,5. I to Perłę, z dumą, z zadziorem.






 
Nie każdemu miastu tak pasuje zgrzyt. Nie do każdego ja tak pasuję.

środa, 1 lutego 2012

Wzięła i umarła Wisława Szymborska

A właściwie zasnęła najpierw i wszyscy się cieszą, bo wydaje się żyjącym, że łatwiej umiera się we śnie.
Kto z nas wie, czy nie lżej poecie umierać pisząc. Z poetycką duszą nigdy nic nie wiadomo. Na śmierci też się nie znamy, co raczej jest jednym z ostatnich leków na pychę, niż kwestią czasu.
Mamy nadzieję, że było łagodnie i cicho. Lubię te pociechy żyjących, choć przecież nie działają na mnie kojąco. Ta  śmierć rozrywa dziś świat na miliony wersów i point,
89 lat to bez przesady jeszcze nie starość.

A dosłownie kilka dni temu słuchałam Czechowicza Poetów.  Pod numerem jeden Wisława Szymborska czyta Na wieży furkotał blaszany kogucik…



chciałabym powiedzieć, to powiem:  nie żartuj. wróć.

wtorek, 31 stycznia 2012

x

Katolicki Uniwersytet Lubelski jest taki dziewiętnastowieczny. Tu czas jakoś inaczej się wije i w internecie coś się staje nieaktualne. Aktualne bowiem jest słowo. Słowo ludzkie się staje ważne, takie to niedzisiejsze. 
Wciąż bywa tak ciemno, jakby już noc mnie zastała przy nauce. Stawiam więc X światłem i idę korytarzem i bardzo intensywnie przenoszę się w dawność dawną, albo przynajmniej w papieskość. I oto tym korytarzem chadzał sobie Wojtyła, do sali.

Nie umiem inaczej.

piątek, 13 stycznia 2012

Papieros, papieros, los, los, los

Losowo wybieram tematy, o których piszę. Wszystko mnie interesuje w moim nowym mieście, szczególnie gdy pod ręką nie mam nic do pisania. Zaczynam notować odręcznie, jak ze starych dobrych czasów. Jak nawiedzona, jak typowa samotna wśród tłumu, umarła wśród żywych, lub na odwrót, a już na pewno jak nastolatka. Dziś w Lublinie się na mnie uwziął papierosowy dym. Nie wiem, czy to możliwe, żeby czuć go było ty częściej niż w Warszawie? 
[zrobić research]
[jeśli chodzi o lokale bez papierosa, to Lublin jest siódmy, Warszawa druga, a zdecydowanie prowadzi Kraków]
Do rozpatrzenia dwa punkty - instytucja.
Moje pierwsze w życiu spotkanie z jakimkolwiek profesorem  KUL-u. Wczesnojesienny zmrok i zadymiony pokój. Byłam, jestem w szoku. Wiem, że kiedyś tak się hmm zdarzało. Pamiętam zadymione urzędy z dzieciństwa, lubię kilka filmów, w których istnieją tylko role palące, cenię kilkadziesiąt zdjęć z petem na pierwszym planie (czy to w ustach, czy między palcami).


Papieros, los, los, los towarzyszył naszej historii - czy umiemy wyobrazić sobie okupację, powstanie warszawskie, peerelowską kolejkę, czy Solidarność bez papierosa?

Tymczasem przeminął szał, dotarła prawda, ludzkość powoli odchodzi od samozatruwania. Nie to, żebym nie wiedziała, że w latach pięćdziesiątych zapisywano papierosy na recepty. Nie to, żeby papieros nie tworzył klimatu.  Zupełnie bezwiednie zaczynam nucić Oskara Hella, to dziwne, niby on nie pali, a jednak to oczywiste, że gdy na nią tak czeka, to papieros jest z nim. Od ponad roku nie wróciłam z knajpy śmierdząc dymem. Nie wietrzę już kurtek po wizycie w pubie. 
A tu niespodzianka, pan profesor ma na biurku popielniczkę (relikt! obiekt muzealny! szaleństwo!), a w tej popielniczce pety. Wyraźnie nikogo się nie spodziewał, tak, jak ja nie spodziewałam się za jego drzwiami innej epoki.
Uroczo śmierdząca anegdota. Trochę jak dotknięcie innych czasów. No bo przecież tak to bywało, człowieku, tak to bywało..
Punkt drugi - papieros w toalecie. 
W gimnazjum owszem, bywało. Papierosy, marihuana, wódka, w szkolnej toalecie i na pierwszym i na drugim piętrze. Kiedy indziej gaz łzawiący. Doświadczenie praskiej szkoły, przywykłam - nieletni palacze palili w kiblach, przede wszystkim z powodu adrenaliny i lansu na niegrzecznych chłopców. (tudzież dziewczynki)
Znamy też wszyscy palaczy szpitalnych, szczególnie dobrze kryjących się na oddziałach płucnych i kardiologicznych. 
Ale wyższa uczelnia? Serio? Nie wiem jak mężczyźni, ale kobiety palą w toaletach. Za każdym razem, kiedy wchodzę, czuję. Może to dlatego, że na KUL-u nie ma kolejek do łazienek? (w przeciwieństwie do UW,: zapalisz tam dziewczyno w toalecie, ale tylko jeśli się wyrobisz w trzydzieści sekund, po tym czasie dwadzieścia innych pań zacznie walić do drzwi, więc może jednak wraz z dziekanem staniesz pod daszkiem i wypalisz na chłodzie?)

Czy to komfort czyni palacza, czy wschód?

środa, 4 stycznia 2012

< 1939

Lublin, który znamy to Lublin z pustkami. Lublin nieobecności, Lublin wyrw i ran. Taką mamy historię, że jak się patrzy, to się widzi. Nawet jeśli się nie wie i nie rozumie. Teraz można także porównać. Tak wyglądał Lublin przed 1939 r. - dzielnica żydowska (Podzamcze), Stare Miasto, granice świata chrześcijańskiego 
i niechrześcijańskiego, Lublin lat 30. odtworzony w wirtualnej makiecie stworzonej przez Ośrodek "Brama Grodzka - Teatr NN". 

Wirtualna makieta przedwojennego Lublina. Polecam!




sobota, 31 grudnia 2011

Pracownia czapek 1956, czyli

wspomnienie lata. O tym, że idąc ze starówki na dworzec kolejowy wszystko nowe zmieniałam na swoje, znane, oswojone. A na zdjęciach wciąż to Lublin, nie Praga (Północ).










wtorek, 22 listopada 2011

Carmen, restauracja hiszpańska

Zuzanna marzy o Hiszpanii. Hiszpańska restauracja Carmen przy Rynku, którą odkryłam będąc w Lublinie we wrześniu, miała być niespodzianką. Podobno współczesność przereklamowała niespodzianki (choćby imprezy niespodzianki z krzyczeniem suprajs! albo... niespodzianka, których już chyba każdy się spodziewa i dlatego sam nie zaprasza gości - bo prawdopodobnie zaproszą się sami), ale ta akurat się sprawdziła. Siostra wniebowzięta, kiedy pokazuję palcem szyld przy bramie kamienicy numer 7 (prawdopodobnie w drugiej połowie wieku XV należącej do Jadwigi Kuminożyny, patrz tu.) Państwo Maria i Ismael Hernández mówią o swojej restauracji mała - mnie zastanowiło jak niezwykle jest obszerna i wygodna. W środku, co widać na zdjęciach - ciepłe, łagodne światło, dużo ognistej czerwieni, półmrok i spokój. Byłyśmy same. Interesowały nas potrawy wegetariańskie i było w czym wybierać. Kelnerki w stylizowanych spódnicach, z kwiatami we włosach cieszyły się zachwytami mojej siostry, ona szukała hiszpańskiego języka, żeby przekonać się ile już umie, a ja... a ja martwiłam się, że nie zdołam zjeść wszystkiego, na co mam ochotę. 

Zdecydowałyśmy się na klasyczną hiszpańską tortillę z jajkami, ziemniakami i cebulą. Omlet był puszysty i zwyczajnie rozpływał się w ustach. Doskonale przyprawiony, w sam raz zaostrzał apetyt.

  
Jako danie główne - paella de verduras, czyli że z warzywami. Nie jestem ekspertem od ryżu, rozróżniam długoziarnisty, jaśminowy i czarny, wiem też, że ryż jest dobrze, lub źle przygotowany w sushi. I to tyle. A jednak ryż w tej paelli mnie zaskoczył. Był inny, sprawdziłyśmy wszystko na miejscu - ryż Bomba prosto z Walencji. Pycha! Rozgrzewające, z szafranem, świeżo przygotowane danie. Porcję zjadłyśmy na pół i się najadłyśmy, choć z łakomstwa dałabym pewnie radę zjeść całość.


Pozwoliłyśmy też sobie na deser. Moja mama jest specem od serników, więc zazwyczaj podchodzę do wszelkich wariacji na temat sera i ciasta ostrożnie. Tym razem to było szaleństwo. Nie wiem, czy jest w karcie na stałe, czy tylko czasami. Nie przyrównuję go do klasycznych serników, bo był zupełnie inny. Ale gorąco polecam. Wisienka na torcie, że tak powiem, oblizawszy się ze smakiem.



poniedziałek, 17 października 2011

Mandragora

Za każdym razem, gdy jestem w Lublinie, w okolicach starego miasta, nie mogę nie wstąpić na paschę do Mandragory. Niezwykłego miejsca, o niepowtarzalnym klimacie i świetnej obsłudze. W Kamiennicy pod Lwami, przy Rynku, zatrzymuje się czas. Zjedzenie całej paschy, nawet po przejechaniu stu osiemdziesięciu kilometrów bez śniadania to wyzwanie. Niezwykle sycąca, przybrana pomarańczą pascha migdałowa rozpływa się w ustach. Ostatnim razem byliśmy tam we czwórkę. Rugelachy - cynamonowe ciasteczka, kawa z kardamonem i gorący napój jabłkowy z cynamonem to doskonały pomysł na zimny, jesienny poranek.A pascha zjedzona na pół zapewnia sytość aż do obiadu.





Królewski nocleg II



Na rozpoczęcie roku przyjechałam z Zuzanną. Wróciłam do Hostelu Królewska jak do starego znajomego. To był weekend z pełną frekwencją. Zajęte wszystkie pokoje. Recepcja już jest. Nadal jest kawa, herbata i stół, przy którym świetnie się gada. Za oknem lodowato, w środku ciepło i jasno.