Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lutego 2012

Český suterén



Česka Pivnica, Grodzka 28, Lublin.


Kantorzy barokowi
drzemią przy organach
Dziś knajpy gwar ich złowił
na gulasz i kilka małych piw
Do rana śpiewał harmonii słowik
pieśń o zakochanych -
- że wszyscy jednakowi
w gotyku, jak i dziś

Pięciohalerz ze srebra ..
.

(Nohavica, Na schodkach fontanny, w przekładzie Antoniego Murackiego)


Towarzysz jest trochę jakby czechofilem, więc mu pokazałam, że Lublin jako centrum wszechświata zawiera również Czechy. Zawartość Czech w Lublinie to: ogromny wybór czeskich piw w cenach hmmm niewarszawskich, knedle z gulaszem i wybór apetycznych, wysokocholesterolowych przegryzek i jeszcze trochę mięcha oraz czeskie radio w tle, co ucieszyło mnie najbardziej. Zawiera również duży, klimatyczny lokal i przynajmniej jedną miękką, wysiedzianą kanapę, na której można zwinąć się w kłębuszek i sączyć grzańca na przykład. Albo herbatkę.



niedziela, 19 lutego 2012

znów zadzieram głowę i patrzę







poniedziałek, 13 lutego 2012

Tak więc byłam U fotografa...

 Jak dziecko z tamtych lat, ja też marzyłam o wizycie u fotografa. Już kilka razy zbyt mało miałam czasu, a wszak u fotografa nie można się śpieszyć. Czytałam co pisali, bo umiem czytać i śledziłam na facebooku, bo umiem śledzić. I tak sobie dawkowałam tę wizytę. A potem jakoś nagle, zmarznięta po zamrażającym spacerze poznałam te schody - Zaułek Hartwigów.
Wszystko składa się w całość

(...)
Był fotografem starej daty
Zawód ani lepszy ani gorszy od innych
przed rewolucją żył w Moskwie z młodą żoną i małymi dziećmi prawie luksusowo
w Lublinie zdobył sobie należne mu miejsce i szacunek
coś na kształt lokalnej sławy

Najczęściej robił zdjęcia rodzinne i portrety
ale jego temperament sprawił że stał się pierwszym fotograficznym reporterem w swoim mieście
Potrafił przed wojną zatrzymać pochód pierwszomajowy
żeby zrobić demonstrantom zdjęcie
z wysokości rozstawionego na chodniku stołu
z którego jak strach na wróble wysterczał statyw jego staromodnego aparatu
nakrytego ciemną płachtą

(Julia Hartwig, Niepotrzebne skreślić)
(Towarzysz powiedział, że są lepsze niż schody przy Rue Foyatier na Montmartre, ja nic nie powiedziałam, bo nie byłam w Paryżu, ale pewnie jest tak, jak mówi - nie da się być romantycznym schodami, jeśli całą dobę depczą cię turyści. Choć oczywiście życzę Lublinowi tylu odwiedzających, zasłużył)


Tak więc doszliśmy do Rybnej i zażądałam grzanego piwa U Fotografa, który nagle wyłonił się zza rogu. Nie zawiodłam się ani wystrojem (zachwycająca kolekcja aparatów, stonowana, kawowa kolorystyka), ani klimatem (doskonały jazz w tle, miła obsługa), ani piwem (świetnie przyprawione, z cząstkami pomarańczy, o odpowiedniej temperaturze), ani wspaniałym latynosko-południowym menu. Zajadaliśmy przepyszne meksykańskie naleśniczki z ziemniaczanym farszem i spędziliśmy w tym niezwykłym miejscu zupełnie obłędną godzinę, czy dwie. Owszem, mróz na zewnątrz stał jakby po stronie Fotografa. Ale i czas się zachowywał śmiesznie, jednocześnie się cofał i nie.



 






(...) Czasem zdawało mi się że pod tą rozwianą na wietrze płachtą aparatu
wzleci kiedyś w niebo gdy nadejdzie jego pora 
(J.H, tamże)


środa, 1 lutego 2012

Wzięła i umarła Wisława Szymborska

A właściwie zasnęła najpierw i wszyscy się cieszą, bo wydaje się żyjącym, że łatwiej umiera się we śnie.
Kto z nas wie, czy nie lżej poecie umierać pisząc. Z poetycką duszą nigdy nic nie wiadomo. Na śmierci też się nie znamy, co raczej jest jednym z ostatnich leków na pychę, niż kwestią czasu.
Mamy nadzieję, że było łagodnie i cicho. Lubię te pociechy żyjących, choć przecież nie działają na mnie kojąco. Ta  śmierć rozrywa dziś świat na miliony wersów i point,
89 lat to bez przesady jeszcze nie starość.

A dosłownie kilka dni temu słuchałam Czechowicza Poetów.  Pod numerem jeden Wisława Szymborska czyta Na wieży furkotał blaszany kogucik…



chciałabym powiedzieć, to powiem:  nie żartuj. wróć.

wtorek, 20 września 2011

W ogródku Mandragory zamyślenie nad Obłokami



 

31 sierpnia Lublin prezentował się nadzwyczaj ładnie. Te lubelskie chmury są zupełnie obłędne i niezauważalnie odrealniają nam świat. Rozumiem tych, których obłoki napawają lękiem. Te ze wschodu szczególnie są wszechobecne. To ma Lublin, między innymi, wspólnego z Wilnem, że chmury tak tam jakoś płyną i się stają nadobecną częścią ulic, zaułków, kamienic. Wtedy spuszczam oczy i czuję wicher, co przeze mnie wieje, palący, suchy. O, jakże wy straszne jesteście, stróże świata, obłoki! Myślałam o tym lęku Miłosza i o tym wietrze, który przez niego przewiewał, siedząc w ogródku Mandragory, wolna, mrużąc oczy do słońca  i nie czułam, żadnego strachu przed tą potęgą, nic. Tylko błogi spokój, spokojnie to tylko Lublin. 


 

 Kiedy ktoś mnie zapyta, czemu studiuję w Lublinie, odpowiadam: bo Lublin pięknie wychodzi na zdjęciach.




A w Mandragorze zawsze wszystko doskonale: